Wywiad z Janem Leśniakiem – absolwentem SAPU - KSAWywiad z Janem Leśniakiem – absolwentem SAPU - KSA
Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Scroll to top

Top

Wywiad z Janem Leśniakiem – absolwentem SAPU - KSA

Wywiad z Janem Leśniakiem – absolwentem SAPU

Z Janem Leśniakiem, autorem książek „Jak szyć” i „O szyciu”, youtuberem i instruktorem, o terapeutycznej mocy szycia, o pracy w szkole i sieciówkach, o pasji i rozwijaniu swoich zainteresowań. Bo szycie ma terapeutyczną moc.

Był Pan nauczycielem, a wcześniej studentem Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru SAPU. Jak Pan wspomina ten okres?

Skończyłem szkołę w 2003 r., trzy lata pracowałem w sieciówkach, potem do niej wróciłem J Uczyłem przez 2 lata. Praca ze studentami była dla mnie jedną z najfajniejszych prac, jakie miałem w życiu. Jako student oceniałem to, że absolwenci uczą w szkole. Myślałem, że szkoła idzie na łatwiznę. Później zrozumiałem z czego to się wzięło. Ja nigdy nie chciałem być nauczycielem, nigdy tego nie planowałem. Po SAPU zacząłem pracować w sieciówkach. To był 2003 rok. Szkoła jeszcze się rozwijała. Nacisk był kładziony na projektowanie artystyczne i na rozwój artystyczny. Bardzo dobrze szkoliliśmy miękkie, kreatywne umiejętności. Wszystko było pod kątem zakładania własnej marki, rozkręcania się jako projektant niezależny.

Ja trafiłem do sieciówek. Po 3 latach miałem poczucie, że zdobyłem bardzo dużo cennej wiedzy, której wcześniej nie miałem i mnie w pewnym momencie olśniło, że ci studenci projektowania powinni się o tym dowiedzieć. Chciałem przygotować studentów na to, że jak skończą szkołę, to czeka na nich kwestia zarabiania pieniędzy, produkcji, odpowiedzialności. Zupełnie innego myślenia projektowego. Kiedy projektujesz coś na wybieg albo kiedy projektujesz coś do niszowej marki, to myślisz inaczej. Jeśli zaczynasz projektować w komercyjnej marce, to najważniejszy jest klient.

Powiedział Pan, że klient jest najważniejszy. Nauczył się Pan tego w szkole?

W szkole o tym było, ale ja jako student nie przykładałem do tego wagi. Bo pamiętam nie raz, jak słyszałem, że jak narysuję rysunek żurnalowy i modelka będzie miała 2 metrowe nogi i pokażę go klientce, to klientka będzie myślała, że w tej sukience będzie tak wyglądać. Ja wtedy: „Aaaaa…. gadają po prostu. Wszyscy robią długie nogi”. W sieciówkach nauczyłem się myśleć klientem. Uważam, że dla projektanta, który chce odnieść sukces nie tyle artystyczny, co biznesowy, to jest najważniejsza umiejętność. Trzeba rozumieć, że to ty jesteś dla klienta, a nie klient dla ciebie.

wywiad fot. kamila markiewicz lubańska

Fot. Kamila Markiewicz Lubańska

Umiał Pan już wcześniej szyć?

Tata mnie nauczył szyć. Mój tata jest plastykiem, malarzem. Często jak aranżował wystawy to obszywał materiały, które stanowiły tło do obrazów. W domu była maszyna do szycia. Ja byłem hippisem. Potrzebowałem dzwonów i koszul z rozszerzanymi rękawami, zacząłem wszywać trójkąty w spodnie. I tak zacząłem szyć. Ja po prostu chciałem mieć dzwony i potrzebowałem te dzwony jakoś zrobić.

Projektowania nauczył się Pan w SAPU, czy już wcześniej coś Pan amatorsko tworzył?

W SAPU. Jak ja tu przyszedłem, to nie wiedziałem jak trzymać ołówek w ręce. W szkole zrobiłem duży skok, nie tylko jeśli chodzi o rozćwiczenie ręki, ale też skok, jeśli chodzi o świadomość projektowania, formy, ciała. Przyszedłem tu zupełnie zielony. Część studentów są to ludzie, którzy przyszli się sprawdzić. Nie zawsze są stuprocentowo przekonani, co chcą robić, i są perły. Ja uważam siebie za typ perełki, czyli kogoś, kto przyszedł nic nie umiejąc, a okazało się, że się do tego nadaje. Nie do końca wiedziałem, o czym jest projektowanie. Tutaj się nauczyłem wszystkiego. Dla takich ludzi, którzy nie mają przygotowania, a chcą sprawdzić, co to jest, to jest idealne miejsce.

Po szkole przeniósł się Pan do Warszawy. Jak to wpłynęło na rozwój Pana kariery?

Jak pracowałem już w ostatniej sieciówce, to stwierdziłem, że zaprojektuję i uszyję kolekcję, żeby sprawdzić, czy jeszcze to potrafię. Minęło 10 lat od kiedy skończyłem szkołę. To dużo czasu. Moi znajomi ze szkoły, jak ją zobaczyli, to pierwsze co powiedzieli: „O, jaka dojrzała”. I to dojrzała w tym sensie, że widać, że dużo rzeczy zrozumiałem, pojawił się klient i pojawiła się komercja. Ja się zawsze bałem, że to coś złego, że straciłem mój dar i nie mogę przestać myśleć komercyjnie. Dziś uważam, że to jest dobre. Pojechałem z nią do Warszawy, wystawiałem się na kilku targach, chyba na Warsaw Fashion Weekend, olśniło mnie, że jeżeli chcę żyć z projektowania ubrań, to Warszawa jest jedynym miejscem w Polsce, gdzie w tym momencie widzę na to perspektywy.

JAK SZYC okladka

I jak? W Warszawie rzeczywiście było łatwiej?

Na początku nikogo nie znałem w Warszawie. Żeby zaistnieć na rynku i rozkręcić markę musisz znać ludzi. Nawet nie chodzi mi o klientów, bardziej usługodawców i ludzi, którzy pomogą ci się rozpromować. Mi tam kompletnie nie szło. Kompletnie. Przez przypadek wpadłem na szycie. Zastanawiałem się, jak mógłbym sobie dorobić. Mój kumpel, który też kończył SAPU, prowadził markę i szył koszule męskie na miarę, ale dorabiał sobie korepetycjami z angielskiego. Ja zacząłem myśleć, z czego ja bym mógł prowadzić korepetycje. I wtedy stwierdziłem, że przecież umiem szyć. Okazało się, że w idealnym momencie wszedłem z tym szyciem na rynek, bo w ciągu pół roku rozkręciłem pracownię, w której prowadziłem kursy przez siedem dni w tygodniu, tak duże było zapotrzebowanie.

Gdzie można kupić Pana ubrania?

Przez to, że poszedłem w szycie, zarzuciłem projektowanie. W tym momencie moich ubrań nie można kupić w sklepach. Projektuję i szyję jedynie na zamówienie, dla klientów indywidualnych, w mojej pracowni w stolicy. Ale do tej pory nie stawiałem jeszcze na to dużego nacisku. To jest mój plan na 2019. Szykuję już sobie zakładkę na stronie i pierwsze materiały. Byłem trochę sparzony po tym, jak mi w tej Warszawie nie szło. Teraz pora już przestać się bać i kolejny raz spróbować.

Gdzie szuka Pan inspiracji do swoich strojów? Fashion weeki? Młodzi projektanci? Pana stroje sprawiają wrażenie prostych, uniwersalnych, ponadczasowych.

W ogóle się nie interesuję trendami. W ogóle. Nigdy się nie interesowałem. Jak robię tutorial szycia, to projektowanie tak naprawdę jest bardzo małym fragmentem. Przede wszystkim mam dużo czynników do połączenia. Najważniejsze jest to, że za pomocą tej rzeczy chcę nauczyć odbiorcę jakiejś technologicznej rzeczy. Czasem to jest coś w robieniu formy, czasem jest to jakiś rodzaj szwu, czasem jakiś rodzaj wykończenia, czasem jakiś rodzaj modelowania konstrukcyjnego. Te projekty są przede wszystkim przewidziane pod kątem laika, który będzie chciał sobie to uszyć. I oprócz tego, że one są uniwersalne, żeby dużo ludzi chciało sobie to uszyć, muszą też być tak przygotowane, żeby dobrze wyglądały na różnych typach sylwetki. Nie mogą być też zbyt skomplikowane, żeby proces szycia był w miarę łatwy do wytłumaczenia.

fot. kamil kuzina 3

Fot. Kamil Kuzina

Brzmi skomplikowanie.

W zeszłym roku zacząłem nagrywać filmiki i to mi jeszcze bardziej ograniczyło pole do popisu. Mam 25 minut na to, żeby wytłumaczyć szycie. Nie zrobię tam niezwykłej sukienki z gorsetem, bo to jest niemożliwe do pokazania w tak krótkim czasie. Moje projektowanie polega na doborze materiałów i formy, ale to są zazwyczaj formy dosyć uniwersalne. Jedyne w czym ja mogę poszaleć to detale. Chociaż też w tych projektach nie zawsze jest miejsce, żeby je pokazać.

Ile przeciętnie czasu potrzebuje Pan na przygotowanie jednego tutorialu?

Jak policzyłem sobie, ile czasu zajmuje mi przygotowanie filmiku od momentu stworzenia koncepcji, czyli projektu, doboru materiałów, przygotowania tego wszystkiego, zrobienia scenariusza, prototypu, uszycia podczas nagrania, później przygotowania jeszcze materiałów do social mediów, to jest razem 45 godzin. Szycia jest w tym jakieś 10 godzin. Jak zaczynałem szyć t-shirty to na początku zrobienie formy, wykrojenie, zszycie tego, zrobienie nadruku zajmowało mi cały dzień. Dzisiaj mi zajmuje 2 godziny. A samo szycie to… to już siadasz jak do deseru. Jak już masz wszystko gotowe, to zszywanie i prasowanie, to jest naprawdę relaks.

Z tym wiąże się akcja #wartośćszycia, prawda?

„Wartość Szycia”, to jest akcja poprzez którą polscy szyjący influencerzy chcą budować świadomość wokół rękodzieła. Ostatnio odbyło się w Krakowie spotkanie, dwudniowy zlot szyjących influencerów podsumowujący akcję. Akcja ma dwa hasztagi: #wartośćszycia dla twórców związanych z szyciem oraz #jakmyśliszile dla każdego innego rękodzieła. Podczas akcji każdy pokazywał ubranie, które szyje i opowiadał o procesach, które stoją za stworzeniem tego ubrania i jaki czas na to poświęcił.

Napisał Pan kiedyś na swoim fanpage na Facebooku, że: „szycie ma terapeutyczną moc”. Co Pan przez to rozumie?

To będziemy poruszać w drugiej części akcji #wartośćszycia. Chodzi mi o zwykłą terapię zajęciową. Jak prowadziłem w Warszawie te kursy szycia, to obserwowałem co się dzieje z moimi kursantkami. Wiem też, jakie jest moje doświadczenie szycia. Mi tworzenie czegoś własnymi rękami i realizowanie projektów niesamowicie wzmocniło poczucie wartości, spełnienia i dumy. To jest jedno. Drugie to jest coś takiego, że w momencie kiedy zaczynasz szyć, to jest czynność, na której tak się koncentrujesz, że przestajesz myśleć o czymś innym. Koncentrujesz się na tym, żeby poprowadzić równo ścieg, równo wyciąć naddatki. Myślisz o tym, jak kolejne elementy spinać i po prostu zapominasz o całej reszcie. Pomimo że to jest praca, to jest też relaksujące. Oddzielasz się od problemów, od natłoku myśli, od tego wszystkiego, co nas normalnie trapi. To jest ta terapeutyczna moc.

Raz nawet się zdarzyło, że mąż jednej z kursantek przyszedł do mnie i mi podziękował. Zauważył, że szycie wyciągnęło jego żonę z depresji. On jej podobno od dwóch lat nie widział tak wkręconej w coś, aktywnej i szczęśliwej. Ja wiem, że to nie chodzi o to, że to był mój kurs, tylko chodzi o to szycie, tworzenie czegoś własnymi rękami. Każda nowoczesna książka psychologiczna zwraca uwagę, że rękodzieło jest leczące. Plus, jak sobie uszyjesz sama ciucha i jedziesz później metrem i obce osoby pytają cię skąd to masz, gdzie to kupiłaś, a ty mówisz, że sama uszyłam, to po prostu to jest takie wow. Było tak też nie raz, że dziewczyny wychodziły z kursu z uszytym jakimś prostym płaszczykiem i następnego dnia wracały, mówiły: „Jasiek, Jasiek 4 laski się mnie pytały skąd ja to mam”. Wszystko kręci się wokół poczucia wartości.

O SZYCIU wydanie 2

Przejdźmy do Pana książek. Skąd pomysł, że szycie „się sprzeda”?

Ja mam taką cechę, że jak coś robię, rozgryzam jakiś temat, to prędzej czy później chcę się tym podzielić. To jest taki zew. Jak poprowadziłem kurs to szybko wyłapałem zapotrzebowanie. Ludzie potrzebują odskoczni, fajnego hobby, fajnej zabawy. Słuchałem, obserwowałem, od razu wiedziałem, że trzeba z tym szybko wejść do sieci, żeby dotrzeć do większej ilości ludzi, i że prędzej, czy później powstanie książka na ten temat, bo to jest ciekawa rzecz, którą warto się podzielić.

W pierwszej książce „O szyciu” przygotowałem taki zestaw ciuchów, który raz, że przeprowadzi zupełnego laika, który nigdy nie siedział przy maszynie, do momentu, w którym będzie w stanie uszyć naprawdę fajną, skomplikowaną bluzę. Przeprowadzę go tak, że to jest bezbolesne. Każdy kolejny rozdział to jest jakiś mały dodatek, kolejne wyzwanie. Z każdym rozdziałem uczysz się czegoś nowego. Dla mnie najfajniejsze jest to, że rzeczywiście spotykam ludzi, którzy mi mówią, że nauczyli się szyć ze mną, z moją książką. Chciałem, żeby ludzie wiedzieli, że coś takiego jest na wyciągnięcie ręki.

Drugą książkę napisałem już troszeczkę trudniejszą, „Jak szyć spódnice i sukienki”. Środowisko szyjące krytykowało mnie za to, że pokazuję banały. Drugą książkę napisałem trochę jako ukłon w stronę tych, którzy się już wkręcili, trochę dla środowiska szyjącego, dla dziewczyn, które już przeszły pierwszy etap i chcą iść głębiej. Dziś wiem, patrząc na wyniki sprzedaży obydwu książek, że ludzie potrzebują prostych rzeczy. Kolejne książki będą o prostych rzeczach, bo to ludzi najbardziej interesuje. Jeżeli ktoś zacznie z prostym szyciem i się wkręci, to niech jak najbardziej szkoli swój warsztat, podnosi jakość i idzie gdzieś dalej. Ja się będę zajmował zachęcaniem tych nieśmiałych.

Jakie ma Pan plany na 2019 rok?

Przede wszystkim zaraz zaczynam prace nad trzecią książką. Zrealizuję to w pierwszej połowie roku, natomiast w drugiej chcę wreszcie wrócić do projektowania i sprawdzać różne kierunki. Chcę znaleźć swojego pierwszego evergreena. Jakiś produkt, który pożyje dłużej niż jeden sezon i będę mógł go cały czas updatować i ewoluować. Od tego chcę zacząć wychodzić do biznesu. Jeszcze nie wiem, czy to będzie coś szyte dla klientów na miarę i wtedy można to kupić tylko i wyłącznie bezpośrednio u mnie w pracowni, czy pójdę w markę, która będzie sprzedawana też przez Internet i w butikach. Wolałbym uniknąć sprzedaży internetowej. Jako mikro przedsiębiorca nie chcę mierzyć się z e-commerce, w którym te same zasady dotyczą małych rękodzielników i wielkich, masowych producentów, wolę postawić na bezpośredni kontakt z klientami. Ale kto wie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anita Żurek