Tożsamość projektanta. wyróżnij się z tłumu - KSATożsamość projektanta. wyróżnij się z tłumu - KSA
Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image
Scroll to top

Top

Tożsamość projektanta. wyróżnij się z tłumu - KSA

Tożsamość projektanta. Wyróżnij się z tłumu

No dobra, aż sobie wyguglowałem słowo „tożsamość”, by mieć pewność, co to znaczy. Dla mnie to jeden z tych terminów, które wszyscy znają, ale gdy przychodzi do sformułowania jakiejś dziarskiej jego definicji, to na sali zapada cisza i audytorium gapi się w okno albo sprawdza, co słychać na Fejsie.

Paradoksalnie, na tym Fejsie tożsamość większości z jego użytkowników jest aż nadto zarysowana. Jeśli bowiem przyjąć ją jako wizję samego siebie oraz wizję tego, jak chcielibyśmy być odbierani, wszystko widać jak na dłoni: podróże, imprezy, wesołe kotki względnie chore pieski, memy soft („Ile pompek zrobił Chuck Norris? Wszystkie”; wiem, nieśmieszne), memy hard (te rasistowskie o obronie honoru i ojczyzny przed uchodźcami; tym bardziej nieśmieszne), gify, zameldowania w mniej lub bardziej efektownych miejscach i foty mniej lub bardziej modnych dań. Oraz jakieś sto innych wyznaczników naszej tożsamości, kupowanych lub wyłudzanych przez marketingowców, korporacje i firmy analityczne, które na podstawie zdobytej o nas wiedzy tak konstruują swoją komunikację, byśmy potem głosowali na Donalda Trumpa, dla przykładu.

Na Fejsie zatem (na Instagramie mniej, zważywszy, że najwięcej polubień zawsze ma duża latte z rysunkiem z pianki i podpisem „Time for coffee”, więc wszyscy w to celują) kreujemy się i pokazujemy z takiej strony, by zyskać jak największe zainteresowanie i akceptację. Albo nie zawracamy sobie i innym głowy głupotami i dzielimy się światem tym, co naprawdę nas obchodzi. Co w przypadku tożsamości marki polega w sumie na tym samym. To zbiór wartości, którymi się kierujemy i przez pryzmat których życzymy sobie być postrzegani. Pozornie zatem nic trudnego.

Tożsamość projektanta i jego marki

Warto jednak, by obie tożsamości – własna i marki – były w miarę spójne. Dla przykładu, średnio wierzę w sukces marki outdoorowej, specjalizującej się w ubraniach do wspinaczki górskiej, kiedy w górach jego właściciela interesuje tylko, o której otwierają bary i ile jest ich w okolicy, a uwięzionym w Sylwestra w kolejce linowej z powodu śnieżyc zawsze życzy on, by zostali w niej do wiosny, co może wybije im z łbów ich durne pomysły. Wątpliwie wiarygodna wydaje mi się marka dresowa, kiedy od ósmej rano jej założycielka hołduje stylowi hollywoodzki glamour i niczym Justyna Steczkowska w cieniu baldachimów doczepionych rzęs stuka szpilkami w cekinowych sukniach, gardząc kobietami w wyciągniętych dzianinach i nie dziwiąc się, że nie mogą one znaleźć faceta. Ba, nawet nasz mały start-up czapek męskich z pomponem nie ma też większego sensu, kiedy uważamy, że każdy mężczyzna wygląda w nich jak pierdoła.

adamuszek agnieszka tożsamość projektanta

Warto zatem budować markę w zgodzie z samym sobą, własnymi przekonaniami, gustem i stylem życia. To wystarczająca podpowiedź, jeśli za chwilę ma się obronę kolekcji, a nadal nie wie się, jaką markę chciałoby się założyć. Albo trzeba założyć, zważywszy jak mały jest rynek etatów dla projektantów w dużych firmach. Z tożsamością związany jest też jednak przekaz. Dobrze by się składało, gdyby był mądry. Bo jeśli jest tylko, dajmy na to, szlachetny (ekologia, zrównoważony rozwój, jeden procent na schronisko itp.), to trochę mało. Jakiś czas temu pewien stroskany stylista zamieścił zdjęcie siebie stojącego wśród obszarpanych kilkulatków na tle lepianek gdzieś w Ghanie czy Kambodży. Jego podpis brzmiał: „Dzieci są tu bardzo biedne i bardzo głodne, ale zawsze uśmiechnięte”. Fakt, że przepasał się torbą Gucciego, naprawdę nie miał już większego znaczenia.

Ale to by nie było na tyle. Budowanie tożsamości marki to ciężka praca. Trzeba do niej przekonać klientów i zastanowić się, czy w ogóle na naszą markę jest zapotrzebowanie. Trzeba wyróżniać się; w wielu jednak segmentach nie na tyle, by popaść w dziwaczność lub w najlepszym przypadku ekscentryczność; taką, którą każdy chętnie zobaczy, skomentuje i zrobi zdjęcie, ale nikt jej nie kupi (no chyba, że myślimy od razu o rynkach zagranicznych, co swoją drogą bezwarunkowo zalecam). Trzeba mierzyć siły na zamiary; najlepszy nawet koncept rozwali się o niedotrzymanie terminów dostawy czy płatności lub kiepskie wykonanie. Trzeba być – kolokwialnie mówiąc – ogarniętym. Tworzyć? Jasne. Ale i umieć sprzedawać, zarządzać, pilnować, kontrolować, liczyć, organizować, promować i dogadywać się. Im więcej umiejętności, tym łatwiej prowadzić markę. I tym łatwiej mieć jej sprecyzowaną, klarowną tożsamość.

Michał Zaczyński